Szkolna Gazeta Internetowa Liceum Ogolnoksztalcacego im. Mikolaja Kopernika w Tarnobrzegu

Szkoła kochanków w dwóch odsłonach   

Dodano 2020-02-12, w dziale recenzje

Opera komiczna Mozarta "Cosi fan tutte" (dosł. "Tak czynią wszystkie") należy do najczęściej wystawianych i nagrywanych dzieł tego kompozytora. Warto jednak wiedzieć, że w zasadzie od początku nie cieszyła się uznaniem krytyków, a jej prapremiera odbyła się w aurze obyczajowego skandalu. Beethoven, który nie był autorytetem w tym gatunku, powiedział wręcz, że nie da się stworzyć dobrej muzyki do tak słabego libretta. Mimo wszystko (arcy)dzieło to uznawane jest za klucz do poznania i zrozumienia epoki, w której wzrastał i tworzył Wolfgang Amadeus Mozart.

/pliki/zdjecia/moz1_0.jpg"Tak czynią wszystkie" nie ma rzetelnego źródła literackiego podobnie jak i reszta oper Mozarta, co również daje do myślenia. Należy pamiętać, że źródłem dla fabuły był po prostu XVIII wiek, kiedy to erotyzm i frywolność zupełnie nieoczekiwanie urosły do rangi sztuki. Naiwne wydają się więc wszelkie utyskiwania na nieprzyzwoitość, bo Mozart nie przekroczył w swoim dziele granicy dobrego smaku. Przy niezwykle popularnych wówczas obrazach Bouchera, książkach Crebillona syna i kulturze salonów, czego wiernym odbiciem mogą być np. "Niebezpieczne związki" Laclosa, opera ta wydaje się nie tylko subtelna ale wręcz pruderyjna. Libretto również nie jest wcale takie złe. To klasyczna, prosta, literatura włoska autorstwa wenecjanina Lorenzo da Ponte. Mówi się, że ten, kto uczyłby się języka włoskiego w oparciu o opery Mozarta, śmiało mógłby potem zabrać się za dzieła Petrarki i Ariosta w oryginale. Znany muzykolog Massimo Mila utrwalił mniemanie, że ta opera stanowi ostatnią część mozartowskiego „tryptyku miłosnego". "Wesele Figara" miało by być obrazem poszukiwania szczęścia, "Don Giovanni" wykładem o niemożności kochania, zaś "Cosi fan tutte" cyniczną rezygnacją z niedoskonałych stosunków miłosnych. Interpretacja taka plasuje tę ostatnią operę najwyżej w hierarchi, bo jej zadaniem było podanie głębokiego szkicu miłości i podobnie jak u Laclosa wyniesienie jej do roli moralitetu. Znaczące może być również to, że librecista upierał się, by opera nosiła tytuł "Szkoła kochanków".

Kilka słów o fabule. Podczas suto zakrapianego alkoholem spotkania, dwóch neapolitańskich żołnierzy (Gugliemo i Ferrando) opowiada staremu, cynicznemu filozofowi, Don Alfonsowi, o cnocie i urodzie swoich narzeczonych (Fiordiligi i Dorabelli), które są siostrami. Filozof ucina ich wywód uwagą, że kobieca wierność jest podobna arabskiemu feniksowi. Nikt jej nie zna i nikt nie widział, ale każdy o niej słyszał. Na szczęście nie dochodzi do awantury, a cała sprzeczka kończy się męskim zakładem o znaczną kwotę. /pliki/zdjecia/moz2_0.jpg W ramach tego zakładu panowie oficerowie powiadamiają panny o swoim wyjeździe na wojnę, po czym pojawiają się na scenie w przebraniu Albańczyków z doklejonymi wąsami i mają za zadanie uwieść siostrę swojej ukochanej. W tym czasie obie panie, pogrążone w głębokim smutku po wyjeździe narzeczonych, oddają się pod opiekę staremu Don Alfonsowi. Ten natomiast przekupuje pokojówkę obu panien i prosi ją, aby namówiły Dorabellę i Fiordiligię na romans z urodziwymi Albańczykami, którzy przybyli do miasta. Pierwsza próba zbliżenia sióstr do Albańczyków kończy się niepowodzeniem, co bynajmniej nie zniechęca Don Alfonsa, który poskramia przechwałki oficerów i wyznacza im jeszcze jedno zadanie - mają teraz udawać chorych. Tym razem obie panie nie przyjmują ich już chłodno, a ich radość po cudownym uzdrowieniu oficerów przez lekarza (w tej roli występuje służąca Depsina), jest niewspółmiernie wielka.

W drugim akcie "przyjaciele Don Alfonsa z dalekich krain" zachwycają obie panie czułą serenadą. Panie, po namowach pokojówki, godzą się wziąć swoich gości za cicisbejów, tj. bliskich przyjaciół i towarzyszy zabaw (był to normalny zwyczaj u zamężnych Włoszek w osiemnastowiecznej Italii). Wieczorne spotkanie ma być wedle Alfonso ostatecznym ciosem, ale Ferrandowi mimo wszystko nie udaje się uwieść bardzo rozsądnej i szczerze cnotliwej Fiordiligi. Tymczasem Dorabella ulega Gugliemowi i oddaje noszony na swojej piersi portrecik Ferranda, przyjmując taki sam od owego Albańczyka. Ferrando dowiaduje się o tym wydarzeniu bezpośrednio od chełpiącego się swoim osobistym urokiem przyjaciela. Jest załamany. Postanawia zemścić się na ukochanej i poskromić zapędy swego kompana. Fiorgiligi zgorszona wiarołomstwem siostry bierze zostawione w domu mundury narzeczonych i postanawia wraz z siostrą udać się w nich do obozu wojskowego swoich narzeczonych, bo sama zaczyna jednak coś czuć do Albańczyka. Na pół nagą naciera Ferrando i udaje mu się ją uwieść na oczach schowanego przyjaciela. Jest po wszystkim. Zakład przegrany, ale co dalej? /pliki/zdjecia/moz3_0.jpgRozgoryczeni panowie słuchają teraz z ust filozofa, że nie ma sensu rzucać swoich wybranek, są wszakże piękne i dobrze urodzone, a po prostu "tak czynią wszystkie". Można, a nawet trzeba je tylko upokorzyć. Pokojówka Despina szukuje więc swoim paniom wesele i ma według sprytnego planu filozofa przebrać się za rejenta i udzielić im ślubu z Albańczykami. Nagle, o zgrozo, odgłosy trąb - wracają prawdziwi narzeczeni i trzeba gdzieś schować tych Albańczyków. Obecność notariusza budzi podejrzenia, jednak Despina, ku wściekłości panien, zdejmuje kostium i maskę, mówiąc im, że to tylko zabawa w ślub. Jest jeszcze kontrakt ślubny i nie ma zmiłuj - to zdrada! Po udawanych poszukiwaniach oficerowie wracają z nieudolnie doczepianymi wąsiskami i z turbanami na szpadach i wszyscy wydają się zadowoleni: Despina z paru groszy, które dostała od filozofa, filozof z wygranego zakładu z żołnierzami, a kochankowie bogatsi w doświadczenia, mając nadzieję na odnalezienie spokoju u boku swoich wybranek... pytanie tylko których?

Nagrań tego dzieła jest mnóstwo, dlatego miłośnicy opery licytują się często czy lepszą Fiordiligi była Schwarzkopf czy może della Casa (pierwsza z nich nagrała w studio tę operę trzy razy), choć większość jest zgodna, że obu paniom towarzyszyła najwspanialsza Dorabella w dziejach, Christa Ludwig. Skupmy się więc może na dwóch wielkich filmach operowych podejmujących "Cosi fan tutte".

Pierwszy, z roku 1970, jest realizacją klasyczną, czyli taką, jak widzieli ją kompozytor i librecista. W kwestii kultury muzycznej adaptacji Mozarta także jest klasyczna. Wśród melomanów utarło się przekonanie, że Mozarta najlepiej interpretują Niemcy i coś w tym faktycznie jest, stąd orkiestrę prowadzi w tym nagraniu największy dyrygent mozartowski, dr Karl Böhm. Jego batuta to umiar, wyważenie, subtelny dowcip, finezja i wieloletnie studia nad partyturą Mozarta. /pliki/zdjecia/moz4_0.jpg Atutem są także wspaniali muzycy, Filharmonicy Wiedeńscy, których utemperował, jak na najlepszego dyrygenta przystało. To chyba najlepiej poprowadzone "Cosi fan tutte" zarówno pośród jego przedsięwzięć z tą operą jak i przedsięwzięć innych dyrygentów. W roli "pań ferraryjskich" oglądamy tu naturalnie dwie niemieckie sopranistki, Gundulę Janowitz i Christę Ludwig. Gundule Janowitz jest nie tylko moim zdaniem trzecią najlepszą Fiordiligi, choć w jej przypadku nie można mówić o tak wielkim muzycznym i aktorskim instynkcie jak u dwóch wspomnianych już wcześniej sopranistek (tamte były niestety już zbyt leciwe, by wystąpić w tej roli w filmie operowym). Gundula ma przepiękny, krystaliczny sopran liryczny i bardzo sprawną koloraturę, a jako aktorka jest chłodna i daleka od egzaltacji, choć w tej partii to nie przeszkadza, co nie zmienia faktu, że jej aktorstwo jest staranne i przemyślane. O Chriście Ludwig nie ma sensu się specjalnie rozpisywać, bo jak zwykle dowiodła, że jest geniuszem i jedną z największych aktorek operowych. Tworzy tu może nieskomplikowaną, ale na pewno rzeczywistą i przekonującą, komiczną zarówno w mimice jak i w deklamacji kreację. Wielka szkoda, że pozbawiono ją arii "È amore un ladroncello", zważywszy na to, że na studyjnym nagraniu z Böhmem była wyśmienitą wręcz kokietką. Za to w innych scenach zbiorowych, duetach i najważniejszej chyba arii "Smanie implacabili", prócz interpretacji możemy również podziwiać jej piękny, pełen głębi głos. Zadziwiająco dobrą Despiną okazuje się w tym filmie Milijakovic. Ostatnio sugeruje się coraz częściej, że Despina powinna mieć głos nieco niższy i dojrzalszy niż śpiewaczki tradycyjnie obsadzane w tej roli. Jednak ta solistka jest sopran soubrette, a Despina jest jedyną prawdziwą subretką, a przynajmniej jedyną, jaką udało się Mozartowi stworzyć, okrutnie sprytną i rezolutną. Kreacja jest doprawdy świetna. Zwinny, śliczny głos i urocza trzpiotka. Rzecz niezwykła i zaskakująca, ale Milijakovic nie zrobiła niestety z jakiegoś powodu większej kariery. Udało mi się ją odnaleźć tylko w rzymskim nagraniu "Don Giovanniego" z 1970 roku, w którym jej postać uwodził Nicolai Ghiaurov. /pliki/zdjecia/moz5.jpgPanowie są jednak rewelacyjni. Hermann Prey to najlepszy Guglielmo, a przy tym drugi najwybitniejszy niemiecki baryton. Przesympatyczne jest jego "Non siate ritrosi". Luigi Alva, peruwiański tenor, pełen lekkości i romantyzmu, sprawia, że mamy tu też najlepszego Fernanda. Jego "Una aura amorosa" unosi widza prosto ku niebu. Poza tym jest także dobrym aktorem, bo to kreacja młodzieńcza ale i pełna gorzkiego komizmu. Don Alfonsem jest mąż Christy Ludwig, Walter Berry. Piękny głos i ciekawa koncepcja postaci filozofa. On zbliża się do oświeceniowego racjonalisty i wszelkie swe mądrości zdaje się opierać na logice myślenia. Nie ma przy tym pewności, czy uda mu się wygrać zakład z oficerami, a sam zaleca się dyskretnie do Despiny, choć daleko mu do proroczego autorytetu. Reżyseria Vaclava Kaslika nie należy jednak do nowatorskich. Reżyser zlokalizował akcję opery w rokokowym pałacyku. Na forach operowych miłośnicy tego gatunku zarzucają jego koncepcji kiczowatość, z czym zgodzić się nie mogę i nie chcę. Faktem jest, że nie jest to może wielki wizjoner, ale udało mu się wprowadzić parę zręcznych komediowych gagów i nasycić akcję kolorytem epoki, za co odpowiada tutaj obecność elementów comedia dell'arte. Na scenie widzimy nieustannie Arlekiny, Kolumbiny, Pierroty. Postacie, które w podrzędnych obwoźnych teatrzykach podbiły serca ludu, intelektualistów, artystów, a podobno też samego Mozarta. Z zapałem obserwują oni przez cały czas śpiewaków, a niekiedy biorą również czynny udział w akcji. Irytuje natomiast trochę "odgradzanie" kolejnych scen przerwami na napisy w języku niemieckim streszczającymi fabułę.

Zupełnie inny jest film operowy z 1988 roku. To produkcja kontrowersyjna i bardzo nierówna, a Mozart jak powszechnie wiadomo nie znosił nierówności. Tu ponad wszystko na pierwszy plan wysuwa się osobowość reżysera, Pierre'a Paula Ponnelle'a, jednego z najbardziej błyskotliwych wizjonerów operowego świata, uznawanego dziś za geniusza. /pliki/zdjecia/moz6.jpgReżyser oddalił się swoją koncepcją od świata rokokowej frywolności i wykwintu. Jego produkcja ma bardziej w sobie coś z włoskiego neorealizmu, ukazującego brutalną, brzydką rzeczywistość. Próżno doszukiwać się tu w zakładzie głównych bohaterów dworskiej zabawy. Ten zakład trzech mężczyzn w wizji Pierre’a znacznie bardziej przypomina zakład z Mefistofelesem. Zakończenie, choć zgodne z librettem, wcale nie sugeruje świetlanej przyszłości. Czara goryczy przelewa się i zatapia bohaterów. Despina nie może przełknąć swej zapłaty; oficerowie są załamani i rozgoryczeni; damy świadome własnego upokorzenia i dekadencji, a Don Alfonsowi daleko do zadowolenia. Przy tym reżyser jest moim zdaniem nazbyt dosadny. Otwarcie daje do zrozumienia, że zdrada nie ograniczyła się do miłości platonicznej. Wszystko to wyłamuje się spod utrwalonej przez lata konwencji interpretacji dzieł Mozarta: jego harmonii i subtelności, choć skądinąd Ponnelle swoim "Weselem Figara" pod batutą Böhma (najprawdopodobniej najlepszym filmem operowym, jaki powstał) dowiódł, że w takim tradycjonalizmie czuje się jak ryba w wodzie. Tak więc koncept ten wyszedł najpewniej spod ręki dyrygenta Nicolasa Harnocourta. Świadczy o tym również mocno specyficzny dobór śpiewaków, zgoła niemozartowskich. Harnocourt specjalizuje się w baroku, czego wpływ widzimy niestety w recytatywach "przeładowanych" akompaniamentem klawesynu, a jest to tor chybiony, bo Mozart pragnął odciąć się od barokowej "maniera granda". Najbardziej kompetentnym śpiewakiem w tej mozartowskiej farsie jest bas, Paolo Montarsolo, będący najmocniejszym ogniwem w tym filmie. Głos piękny, potężny o niespotykanej popielatej barwie, a przy tym wielki aktor. Jego filozof jest zgorzkniały, pełen mizoginii. Przypuszczamy, że doświadczenie z kobietami miał, przy czym jego relacje raczej w szczęście nie opływały. I tak jak Don Aflonso Waltera Berry był racjonalistą, tak w tym wypadku Montarsolo równoważy się swoim empiryzmem. Ten ani przez chwilę nie zachwiał się w wierze nad swoimi refleksjami. /pliki/zdjecia/moz77.jpgJeśli chodzi o resztę śpiewaków to nie jest już tak kolorowo. Mamy tu dwójkę wielkich artystów: bas Ferrucio Furlanetto jako Guglielmo i Editha Gruberowa (zanim zniszczyła sobie głos) jako Fiordiligi. Głosy naprawdę piękne. U Furlanetta pełny i głęboki, zaś u Gruberovej zachwyca doskonała technika koloraturowa, ale ta dwójka nijak nie wpisuje się w muzykę Mozarta. Tenor Luis Lima to już istna tragedia - marna technika, przeciętny głos o szarej barwie, a aktorstwo koszmarnie manieryczne. Dolores Ziegler ma może i ładny głos, ale brak jej z kolei ikry. Teresa Stratas w roli Despinetty głosem nie zachwyca, ale ratuje ją aktorstwo. Jej postać jest skrajnie naturalistyczna. Ten turpizm jest efektowny, ale nieadekwatny do klasyki. Jej Despina to panienka bardzo arogancka, która zdążyła z niejednego pieca chleb zjeść. Pojawia tu się także temat walki klas (ewidentnie służąca gardzi swoimi paniami).

Opera "Cosi fan tutte" mimo ostrej, choć moim zdaniem absolutnie bezsensownej krytyki i często deklarowanej antypatii jest do dziś niesłychanie popularna i chętnie wystawiana. Niestety, jej dość swobodna fabuła pobudza zbyt często wyobraźnię tych nazbyt narowistych reżyserów operowych. Poza tym niełatwo dziś o prawdziwie mozartowskich wykonawców, a takich w typie Schwarzkopf czy della Casa, srebrzystych, głębokich sopranów lirycznych z dobrą koloraturą po prostu już nie ma.

Grafika:

Oceń tekst
  • Średnia ocen 5.6
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
Średnia ocena: 5.6 /12 wszystkich

Komentarze [2]

~~mandalo
2020-02-16 17:49

Masz rzadkie hobby wśród współczesnej młodzieży. Tak trzymac :)

~wiktor
2020-02-13 09:23

Świetny tekst. Wiedza budzi szacunek.

  • 1

Dodaj komentarz

Możesz używać składni Textile Lite

Aby wysłać formularz, kliknij na słonia (zabezpieczenie przeciw botom)

Najaktywniejsi dziennikarze

Yazoo 33yazoo
Mitter 29mitter
Iris 12iris

Wspierają nas:


Ian Boon Talk Easy
TFS Leonardo
OSK Dobra Szkoła

Ilość osób aktualnie czytających Lessera

Znalazłeś błąd? - poinformuj nas o tym!
Copyright © Webmastering LO Tarnobrzeg 2018
Do góry