Szkolna Gazeta Internetowa Liceum Ogolnoksztalcacego im. Mikolaja Kopernika w Tarnobrzegu

Czerwone pola i lasy – cz. 1   

Dodano 2014-10-29, w dziale opowiadania - archiwum

Było jesienne, słoneczne popołudnie. Promienie przychylnej nam gwiazdy rozświetlały kolorowe liście. Delikatny wietrzyk kołysał spokojnymi trawami, upstrzonymi tu i ówdzie drobnymi listkami brzozy. Ptaki pięknie śpiewały przedzimowe koncerty, a jakby tego było jeszcze mało, wszystko tonęło w zapachu pieczonego właśnie chleba i woni zgromadzonego w stodole siana.

/pliki/zdjecia/bol1he.jpgMłody parobek imieniem Aleksander leżał na sianie z przymkniętymi oczyma. Sasza, bo tak zwykli do niego mówić inni, żył i pracował w gospodarstwie należącym do Fiodorowów - bogatej rodziny arystokratycznej. Ich gospodarstwo było ogromne i rozciągało się wzdłuż całej miejscowości Radonież. Była to średniej wielkości wieś, z niewielką ilością mieszkańców. Główną siłą, która popychała Radonież do przodu, była właśnie rodzina Fiodorowów. Ci nie skąpili pieniędzy ani na cerkiew, ani na pomoc mniejszym gospodarstwom. Wszyscy mieszkańcy wsi żyli w zgodzie i wzajemnie się szanowali. W każdą niedzielę, gdy zbliżała się godzina czternasta, do pięknego, białego dworku Fiodorowów przybywali na uroczysty obiad ich najbliżsi znajomi. Te towarzyskie spotkania trwały zazwyczaj do późnego wieczoru. Później goście rozchodziła się do swoich domostw, a radosny gwar ich rozmów ustępował miejsca nocnej ciszy. Sasza lubił Fiodorowów. Byli bardzo hojni i dobroduszni. Przygarnęli go, gdy jego rodzice zmarli na suchoty,obdarzyli go czułością a nawet zaufaniem. W odróżnieniu od innych pracowników, Saszę uczono pisać i czytać, a także pozwalano mu jadać wraz z państwem. Gdy tylko Fiodorowowie mieli czas i ochotę, prosili Saszę, by zagrał im coś na bałałajce i zaśpiewał, co ten z ogromną przyjemnością czynił. Pan Fiodorow mówił często znajomym, że pomoże chłopcu w rozwoju jego talentu, jak tylko ten nauczy się czytać i osiągnie wiek dorosły. Dzięki tak szczególnemu traktowaniu chłopak czuł się u nich prawie jak we własnej rodzinie.

Leżąc tak sobie na sianie, Sasza rozmyślał o swojej przyszłości. Miał nadzieję, że już wkrótce nadejdzie taki dzień, w którym będzie mógł stanowić o własnym losie w pełni samodzielnie i żyć na własny rachunek za zarobione przez siebie pieniądze. Patrząc na majątek państwa Fiodorowów, który udało im się zgromadzić dzięki interesom pana Fiodorowa w Moskwie, marzył, by kiedyś do tej Moskwy pojechać. Zobaczyć inny świat. Świat brukowanych ulic i stukotu dorożkarskich koni. Wiedział jednak, że na to jeszcze nie czas. „Jeszcze dużo pracy przede mną…” - myślał, upajając się kolorami i zapachami jesieni. Te rozmyślania przerwała mu Natasza, służąca Fiodorowów. Była starsza od Saszy o parę lat i choć próbował to ukryć, wzbudzała w nim najgorętsze uczucia. Ah, Natasza… Jakże ona była piękna. Ogniste włosy, związane w dwa grube niczym sznury warkocze, błękitne oczy i skóra biała jak papier. Niestety, mimo tej niezwykłej urody, była osobą dość chłodną i lubiła chłopakowi dokuczać. Szturchnęła go więc kilkakrotnie w bok, po czym powiedziała:
- A ty co? Będziesz tak sobie leżał do wieczora?
- Jest sobota. Co miałem zebrać, zebrałem. Co miałem wypasać, wypasałem. Nie mam już więcej roboty. - odpowiedział jej chłopak, mamlając źdźbło trawy w ustach.
- Dziś jest sobota, a jutro niedziela i uroczysty obiad. Musimy jeszcze oskubać kaczki, żeby były gotowe. – poinformowała go Natasza.
-„Eeehh…” - westchnął głośno Sasza, po czym poderwał się na równe nogi i wraz z Nataszą poszedł wykonać ostatnią na dziś pracę.

/pliki/zdjecia/bol4.jpgSkubiąc kaczki obserwował spod oka, jak robi to Natasza. Jej zręczne dłonie pracowały jak jakiś mechanizm. I tak to kaczki, jedna po drugiej, traciły potrzebne im za życia upierzenie. Dziewczyna pracowała jak automat, nie próbując nawet nawiązać z chłopakiem rozmowy. Ba, nawet nie spoglądała na niego. Wpatrywała się za to w na pół nagie już ciała bezgłowych ptaków. Sasza wiedział, że nie ma sensu mówić do niej w takiej chwili. Czasami się jej nawet bał. Nie chciał jej nazbyt irytować, gdyż w jego wnętrzu ciągle tliła się nadzieja na ułożenie sobie z nią życia. Pracując w milczeniu, uwinęli się z powierzonym im zadaniem bardzo szybko. Gdy zanieśli do kuchni gotowe do przyrządzenia ptaki, Natasza odwróciła się na pięcie, rezygnując bez słowa z towarzystwa młodszego kolegi. Ten powrócił natomiast do swojego poprzedniego zajęcia, czyli znów oddawał się błogiej sjeście. Wieczorem, gdy ptasi koncert zamilkł, a jego miejsce zajęły chrapliwe rzegotania żab, chłopak udał się do dworku, by zjeść kolację. Państwo Fiodorow ucieszyli się na jego widok. Usiadł więc zgodnie ze zwyczajem przy ich stole, a służba wniosła ciepły posiłek. Córki Fiodorowów, Sonia i Maria, zjadły już wcześniej, toteż teraz biegały beztrosko po pokojach, bawiąc się w ganianego. Ubrane w długie, białe koszule nocne, przemykały obok jedzących niczym duchy. Po pewnym czasie w salonie pojawiła się także Natasza, która za wszelką cenę próbowała zagonić dziewczynki do łóżek. W takiej to atmosferze gospodarze wraz z Saszą spożywali wieczorny.

- To jak, Sasza? Zagrasz nam jutro po obiedzie? - zapytał z szerokim uśmiechem na twarzy pan domu, podkręcając wąsa.
- Tak proszę pana. Jeśli tylko państwo sobie tego życzycie, zagram. - odpowiedział Sasza nieśmiało.
- Oczywiście, że bardzo sobie tego życzymy. Prawda moja piękna? - pan Fiodorow spojrzał ciepło i serdecznie na swoją żonę.
- Tak, tak! - zapewniła równie entuzjastycznie pani Fiodorow.
- No nic, ty sobie jedz, a ja z żoną pójdę sprawdzić, czemu te nasze córki nie chcą iść spać. Żebym nie zapomniał… Jeśli nie chcesz wracać na gospodarstwo, to zostań tu z nami. Przygotowaliśmy dla ciebie pokoik na poddaszu. Chyba to lepsze od spania na takim zimnie.

Po tych słowach państwo Fiodorow poszli sprawdzić, czy powiodła się ostatecznie misja służącej. Pokój przygotowany dla chłopak był tak piękny, że gdy zobaczył go pierwszy raz, poczuł się jak w carskim pałacu. Białe, pełne obrazów ściany i pozłacane tu i ówdzie, ciemne jak dziegć meble, przyprawiały go o zawrót głowy. Wszystkie ozdoby i złota umieszczone w szkatułkach, wydawały się szeptać do ucha młodego parobka: „Zostań… zostań…”. Jednak ten miał inne plany. Gdy tylko skończył jeść, opuścił dworek po cichu. Nie chciał tego schludnego pokoju na poddaszu. Sasza był bowiem zwolennikiem rześkiego powietrza i szeleszczącego pod uchem siana. A może był zbyt nieśmiały i nie chciał się narzucać? Tak czy inaczej po krótkiej przechadzce znalazł się w swoim ulubionym miejscu, czyli na górze siana, pod słomianym dachem stodoły. Nie mógł jednak zasnąć, dlatego przez dłuższą chwilę patrzył przez dziurę w dachu na migoczące na nocnym niebie gwiazdy. Gwiazdy te fascynowały ciekawego świata młodzieńca. Migotanie gwiazd bardzo szybko zamieniło się jednak w bezwolne wirowanie. /pliki/zdjecia/bol3.jpg Z każdą chwilą kręciły się coraz szybciej na tej kosmicznej karuzeli, oczy chłopaka zaczęły się kleić, a zmęczone ciało dopraszało się o sen. Chłopak nie walczył z tym, tylko ułożył się wygodnie na sianie i oddał w ręce sennych wróżek.

Spał spokojnie. Śnił o statkach, morzu i wspaniałych przygodach pośród fal. Bujał tak po sennych oceanach, aż rozbudziła go, chodząca mu po twarzy mucha. Z trudem zszedł z siana, otrzepał się, po czym wyszedł na zewnątrz. Słońce powoli wznosiło się ku górze, a jego blade światło tańczyło na kroplach porannej rosy. Zapowiadała się piękna niedziela. Chłopak lubił ten dzień, gdyż wtedy to większość najemnych pracowników rozchodziła się do swoich domostw, by odpocząć po tygodniu ciężkiej pracy. Nikt go nie poganiał i miał czas zajmować się tym, co lubi. Korzystając z urokliwego poranka postanowił wybrać się nad staw, który znajdował się nieopodal. Było to doskonałe miejsce na przemyślenia i odpoczynek. Chłopak ruszył przed siebie polną drogą, obserwując zmieniającą się naturę. Zawsze zadziwiała go jej harmonia. Wierzył, że prawdziwego spokoju i szczęścia należy szukać właśnie w niej. Gdy w końcu dotarł nad staw, usiadł sobie na wilgotnej ziemi, wziął do ręki garść drobnych kamyków i jeden za drugim jął je wrzucać do wody, patrząc, jak ta marszczy się na powierzchni pod ich uderzeniem. Mniej więcej po dwudziestym, wrzuconym kamyku, usłyszał za sobą głos: „Ej! Sasza!”. Chłopak od razu rozpoznał Grigora, swojego kolegi. Poderwał się z ziemi i spojrzał w stronę nadchodzącego gościa. Grigor również był parobkiem. Z racji niewielkiej różnicy wieku, chłopcy dogadywali się świetnie. Sasza nie ukrywał jednak w tej chwili zaskoczenia, gdyż jego kolega zniknął parę dni wcześniej z majątku Fiodorowów i słuch po nim zaginął. Krążyły plotki, że miał dość takiej pracy i postanowił wrócić w rodzinne strony.

- Grigor? Ty tutaj? Myślałem, że uciekłeś do swoich…
- Coś ty…Tam już nie mam czego szukać. Nigdy tam nie wrócę. Moja wizja świata za bardzo się zmieniła. Teraz fascynuje mnie przyszłości. Żyję ideą. Nawet ziemia, po której stąpam, jest mi tak naprawdę zbędna. - powiedział żartobliwie.
- W każdym razie to dobrze, że znowu tu jesteś… - rzekł Sasza z nieukrywaną ulgą.
- Nie Sasza, nie… Wróciłem tu tylko na chwilę. Szukałem cię. - powiedział to z wyraźną pewnością siebie.
- Mnie? - zdziwił się Sasza. - Po co?
- Mam do ciebie interes Saszka…

Po tych słowach, Grigor usiadł z Saszą nad brzegiem stawu.

/pliki/zdjecia/bol2.jpg- Słuchaj… Dobrze wiem, że podoba ci się u Fiodorowów. Rozumiem, że ciężko by ci było ich opuścić. To bardzo trudne, co chcę ci teraz powiedzieć, ale posłuchaj mnie uważnie… Idą nowe, lepsze czasy dla takich jak ty czy ja! - entuzjastycznie stwierdził Grigor.
- Jakie to niby czasy? - zapytał z lekkim zdenerwowaniem i zdziwieniem Sasza.
- Powiem wprost. Musisz opuścić gospodarstwo i pójść ze mną.
- Co? Gdzie!? - przerwał nagle chłopak.
- Pozwól mi dokończyć… Idzie wielka rewolucja! Tacy chłopi jak ty czy ja będą mieć teraz szansę, by wziąć wreszcie to, co się nam należy! Zostaw w cholerę tych wyzyskiwaczy!
- Wyzyskiwaczy!? Ci ludzie dali mi wszystko, co mi było potrzebne! To, co robię, podoba mi się i chcę robić to nadal! - ostro odpowiedział Sasza, po czym wstał i ruszył w drogę do majątku Fiodorowów.

Grigor odwrócił się w stronę odchodzącego Saszy i krzyknął na pożegnanie:

- To błąd Sasza! Nas już nic nie zatrzyma! – I ruszył w przeciwną stronę z głową spuszczoną w dół. Gdy Sasza wracał do swojej stodoły deptaną od lat ścieżką, łkał wewnętrznie. Rozmowa z Grigorem dała mu bowiem do zrozumienia, że w ostatnim okresie bardzo się od siebie oddalili. Od pewnego czasu chłopak podejrzewał, że Grigor wpadł w jakieś złe towarzystwo, ale nie miał odwagi z nim o tym porozmawiać. Widział jednak, jak jego kolega znika gdzieś nocami i wracał pijany. Dawno już nie siłowali się na rękę ani nie gadali do późna. Sasza dobrze wiedział, o czym mówił Grigor. Pan Fiodorow opowiadał kiedyś o tym Saszy, ostrzegając go przed towarzystwem nieznanych mu i dużo starszych od niego ludzi. Parobek bał się nawet w myślach wypowiedzieć to słowo. Wiedział jednak, że brzmi ono „Bolszewicy”…

CDN.

Grafika:

Oceń tekst
  • Średnia ocen 5.1
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
Średnia ocena: 5.1 /21 wszystkich

Komentarze [1]

~Maria
2014-10-29 22:38

Świetne opowiadanie :)

  • 1

Dodaj komentarz

Możesz używać składni Textile Lite

Aby wysłać formularz, kliknij na słonia (zabezpieczenie przeciw botom)

Najaktywniejsi dziennikarze

Luna 99luna
Komso 31komso
Artemis 24artemis
Hush 10hush

Publikujemy także w:

Liczba osób aktualnie czytających Lessera

Znalazłeś błąd? - poinformuj nas o tym!
Copyright © Webmastering LO Tarnobrzeg 2018
Do góry