Żyję, choć nie wiem dlaczego
Pana Mariana Kosiora poznałam już jakiś czas temu. Byłam wtedy sporo młodsza i za wiele jeszcze nie rozumiałam. Zrozumiałam jednak wystarczająco dużo, aby rozmowę z nim zapamiętać chyba na zawsze. Pan Marian pochodzi ze Lwowa. Kiedy zaczęła się wojna był niewiele starszy ode mnie, a jego życie kręciło się zapewne wokół tych samych spraw, co moje czy też innych nastolatków: rodzina, szkoła, znajomi. W kluczowym momencie życia wybrał jednak to, co najważniejsze: prawdę i wolność. Był polskim oficerem, ale zwycięstwa nie świętował w wolnej ojczyźnie, lecz w obskurnej celi tarnobrzeskiego Urzędu Bezpieczeństwa.
Layla: Jak to się w ogóle stało, że został pan aresztowany?
Marian Kosior: No cóż, tak bywa. Byłem wprawdzie dobrze zakonspirowany i niewielu o mnie wiedziało. Komendant Stefan Roś „Jawor”, Józef Trojna „Morgan” i Wacław Raczyński siedzieli już od pewnego czasu. Brakowało im tylko jeszcze mnie, ostatniego dowódcy z Tarnobrzega. W końcu po dłuższej obserwacji udało im się i mnie namierzyć.
L: Jak zapamiętał pan więzienie UB w Tarnobrzegu?
MK: Tarnobrzeski budynek był nieco schludniejszy niż ten w Przemyślu, w którym siedziałem nieco wcześniej. Tam leżałem godzinami na ziemi w ludzkich odchodach i najprawdopodobniej przez to do dzisiaj mam poważne problemy zdrowotne. Warto jednak wiedzieć, że budynek, w którym mieściło się kiedyś więzienie UB w Tarnobrzegu, istnieje nadal i stoi sobie w najlepsze przy rynku. Wygląda nawet tak samo jak przed laty, tylko w piwnicach wylali beton, bo wcześniej była tam tylko ziemia. Ludzie próbowali się tam podkopywać, ale wygrzebać pazurami tunelu raczej się nie da. Spało się tam w celach na gołej ziemi, albo na pryczach zbitych z trzech desek. Trudno było na tym leżeć. Nie było tam także światła. Cele miały chyba z metr długości i miliony pluskiew, które gryzły dzień i noc. Do tego jeszcze szczury, który podgryzały człowieka na żywca. Przebywałem w tym więzieniu od sierpnia do stycznia. Wytrzymałem. Młody, zdrowy człowiek potrafi naprawdę wiele znieść. Przeżyłem, choć sam nie wiem jak i dlaczego.
L: A jak wyglądały przesłuchania? Jak to się odbywało?
MK: : Najpierw wyprowadzali człowieka z celi w piwnicy i prowadzili po schodach w górę, ze związanymi rękami. Na piętrze czekał z reguły oficer śledczy. Metody przesłuchań były bardzo brutalne. Bicie i straszenie tym, co zrobią z twoją rodziną. Ponieważ wcześniej byłem już kilkakrotnie aresztowany przez Niemców, byłem więc trochę uodporniony na te metody. Inni, niestety nie…
L: Ciekawa jestem, jak dziś patrzy pan na tych funkcjonariuszy?
MK: Nie wszyscy oficerowie UB to byli jacyś zboczeńcy czy zwyrodnialcy, żądni mordu i krwi. Byli wśród nich i normalni, uczciwi ludzie. Nie pamiętam już nazwisk, ale był tam na przykład taki jeden, który mówił do mnie w pewnym momencie przesłuchania „drzyj się chłopie”, a sam w tym samym czasie walił ręką w stół lub przewracał meble. Chyba chciał mi jakoś pomóc, dać mi coś do zrozumienia. Niestety, większość z tych ludzi zapomniała, że więzień to też człowiek i ma swoje prawa. Ale takie to były czasy. Godność człowieka nie miała wtedy wielkiej wartości.
L: A czy w tarnobrzeskiej siedzibie UB zdarzały się morderstwa?
MK: Słyszałem o kilku mężczyznach, którzy tam zginęli. Znam też kilku takich, którzy jakimś cudem się uratowali. Na przykład taki Edek z Grębowa. Podczas tortur wyskoczył przez otwarte okno wprost na beton. Połamał ręce i nogi, ale się nie zabił. Przeżył. Zmarł dopiero jakiś rok temu. Ne mam jednak pojęcia jakie informacje chcieli z niego wyciągnąć? Wiem, że nasz kapitan, Wola Widnicki, również zdecydował się na skok z okna. Tyle, że on wyskoczył z budynku milicji, który znajdował się wtedy naprzeciw szpitala. Wprawdzie wyskoczył z wysokości około 3 metrów, ale po upadku wyglądał tragicznie. Zęby miał powybijane, ciało zmasakrowana. Młody wysportowany człowiek nie mógł się chyba aż tak potłuc przy takim skoku - nieprawdaż? Egzekucji w Tarnobrzegu było ponoć sporo, ale wszystkie były bardzo dobrze zamaskowane. Zabić człowieka, to było wówczas dla niektórych jak splunąć.
L: Czy spotkał pan po latach kogoś z tych ludzi? Czy próbowali pana przeprosić?
MK: Nie mogę powiedzieć ani tak ani nie. Odniosłem kiedyś takie swoje prywatne zwycięstwo. Chyba największe w życiu. Człowiek, który chciał mnie kiedyś potępić, nie mógł się potem pogodzić z tym, co się stało.
L: Co powiedziałby pan teraz swoim oprawcom?
MK: Im nic. Powiem natomiast coś wam, młodym. Nie wolno wam dzisiaj oceniać tych ludzi tylko po przynależności i mówić: O, ten to jest sku…, bo był UB-ekiem! Tak nie wolno, bo możecie niektórym z nich wyrządzić ogromną krzywdę. Pamiętajcie, wszędzie, nawet w tak okropnych miejscach, znajdą się zawsze dobrzy, wrażliwi ludzie. Dlatego ja swych dręczycieli też nie potępiam…
Komentarze [2]
2011-09-27 20:35
Jaka sentymentalna podróż... Wiele lat temu, jako licealistka przeprowadziłam wywiad z Panem Marianem Kosiorem. Rozmawialiśmy inaczej, na inny temat. Dziękuję za kolejną odsłonę życiorysu tego Człowieka.
2011-03-16 23:31
Strasznie ruszający i wciągający wywiad.
- 1